| Stambuł raz jeszcze |
| Kraj: Turcja Autor: Katarzyna Walczak Dodano: 18.05.2011 | |
|
Strona 1 z 2 Parokrotnie byłam w Stambule,ale zawsze z biurem podróży, przelotnie... pozostał niedosyt i chęć powrotu,aby wreszcie ponapawać się pięknem tego miasta. Śledząc okazje natrafiłam na ofertę linii Malev i potem wszystko poszło błyskawicznie- zakup biletów na maj; rezerwacja polecanego hotelu w Sultanahmet... a potem już tylko czytanie przewodników, artykułów i plany,plany,plany... Wreszcie wylot a co było dalej przeczytajcie w opisie wyprawy :) Jeśli chodzi o sprawy przyziemne to ceny wstępów do większości miejsc kształtowała się od 10 do 20 TL; ceny jedzenia ciut większe niż w Polsce; kebap od 3-6 TL; oczywiście w restauracjach cena za posiłek oscylowała w granicy 20-30 TL; herbata jabłkowa 2 TL. kawa 4 TL; zapalenie nargilli (niezależnie od ilości osób) 12-15 TL.
Life is journey towards distant lands:) Zgodnie z tą maksymą "Życie jest podróżą ku odległym lądom" zdecydowałyśmy się wraz z koleżanką wyruszyć na podbój Stambułu-a może Bizancjum, Konstantynopola- w każdym razie tego magicznego kawałka ziemi leżącego na dwóch kontynentach. Tym razem nareszcie na własną rękę, bez pomocy biura podróży. I to był "strzał w dziesiątkę". Tak naprawdę podróż zaczęła się w styczniu od zarezerwowania przez internet biletów lotniczych węgierskich linii Malev-wylot w maju- za jedyne 480 zł w obie strony. Idąc za ciosem szybko wyszukałyśmy polecany hotelik Marmara Guest House w samym centrum Stambułu, w dzielnicy Sultanahmet; dosłownie 250 metrów od Błękitnego Meczetu i Hagia Sophia. Pozostało nam tylko odliczać dni do wyjazdu. Oczywiście zgodnie z tzw. prawem Murphego w czasie naszego 6 dniowego pobytu aż 2 dni były deszczowe i b. chłodne co dziwiło samych Stambulczyków, ale wcale nie zepsuło nam humoru. Po przylocie i rozlokowaniu się w hotelu w czwartkowe popołudnie rozpoczęłyśmy poznawanie tego miasta od zobaczenia Błękitnego Meczetu, zwanego także meczetem Sułtana Ahmeta. Nazwa "błękitny" pochodzi od ogromnej ilości błękitnych płytek z Izniku pokrywających ściany meczetu. Przepych tej budowli wywołał swego czasu wielkie oburzenie, a wzniesienie 6 minaretów uznano wręcz za profanację; gdyż tyle minaretów miała tylko świątynia Al-Kaaba w Mekce. W miejscu tym kłębi się wiecznie tłum turystów, czasem można także zaobserwować modlących się wiernych. Przed wejściem do meczetu muzułmanie obmywają ręce, nogi, twarz. My na szczęście musiałyśmy tylko zdjąć buty i zasłonić włosy:) W piątek zwiedzanie rozpoczęłyśmy od Muzeum Archeologicznego (wstęp 10 TL). W zasadzie muzeum składa się z 3 budynków. Nie sposób opisać wszystkich zgromadzonych tu przedmiotów, zdecydowanie na uwagę zasługuję sarkofag Aleksandra i traktat z Kadesz. Zgromadzone tu zbiory to ponad 5000 lat historii. Kolejnym punktem naszej wyprawy była Cysterna Bazylikowa czyli Yerebatan Sarnici. Przepiękne, podziemne wnętrze wypełnione 336 kolumnami delikatnie podświetlonymi, z dalekimi odgłosami cichej muzyki przeplatanymi z dźwiękiem spadających kropli wody. Koniecznie trzeba dojść do miejsca w którym znajdują się kolumny mające bazę w kształcie głowy Meduzy.. Niestety tłumy turystów w tym miejscu zakłócają atmosferę tajemniczości. No cóż-wszystkiego mieć nie można :( |