Podróże Wyprawy Europa Norwegia Latarnia morska z Lofotami w tle
Latarnia morska z Lofotami w tle
Kraj: Norwegia Autor: Slawomir Budziak (alias erlendi)    Dodano: 14.07.2011

Kiedy dziś widzę na mapie odległe Lotofy rozpościerające się za kołem podbiegunowym, uzmysławiam sobie nie tylko jaki dystans mnie od nich dzieli, ale i ile upłynęło od czasu, gdy spędzałem w tamtej części świata długie dnie i jaśniejsze od dni noce. I nawet jeśli w dużą wyrazistością pamiętam mnóstwo szczegółów, to upływający czas sprawia, że wody Zachodniego Fjordu, grzbiety wielorybów, sylwetka latarni morskiej trochę się rozmywają, jakby stanowiły scenerię jakiegoś trochę onirycznego filmu.

 

Ale zacznijmy od początku. Chodziło o pracę. O trzy miesiące harówki, które miały przynieść pieniądze na kilka miesięcy studiowania. Wysłałem potok mailów do najróżniejszych restauracji oraz hoteli rozrzuconych po całej Norwegii i loś chciał, że odezwał się do mnie dziś już chyba nieistniejący Tranøy Fyr. Z prowadzącym dogadałem się przez telefon i uzgodniliśmy datę mojego przyjazdu. I choć Norwegia nie była mi obca, język znałem już dobrze, to perspektywa takiej wyprawy była ekscytująca.
Spakowawszy się wyruszyłem z Pomorza przez Warszawę (do dziś nie pamiętam dlaczego właśnie odleciałem ze stolicy) i wylądowałem w Oslo. Stamtąd po przesiadce poleciałem do północnonorweskiego Bodø. I mimo, że na mapie sprawiało to wrażenie, jakbym pokonał lwią część trasy, tak naprawdę spora, i niezwykle malownicza jej część była przede mną. Łodzią (Hurtigbåten) kontynuowałem z Bodø do niewielkiej przystani. Rejs stanowił pierwszą sposobność przyjrzenia się północy naprawdę z bliska. W końcu dobiliśmy do przystani, na której wedle instrukcji miałem wysiąść. W drewnianego nabrzeża otoczonego niewielkimi czerwonymi i białymi  domkami przycupniętymi u stóp góry zabrał mnie autobus, z którego po jedzie krętymi i wąskimi drogami wysiadłem zmordowany w malutkiej miejscowości. A stąd jeszcze bagatela – 20 km. Samochodem terenowym mojego szefa, którym okazał się lekko nieokrzesany ale sympatyczny typek z wschodniego Oslo, którego coś zagnało do surowej północnej Norwegii. Ostatni odcinek mojej pielgrzymki pokonałem pieszo. Mowa tu o 250 metrach dzielących stały ląd i niewielką skalistą wysepkę, na której wznosiła się latarnia morska, wokół której ktoś niedbale rozrzucił kilka karłowatych budynków. Największy z nich to restauracja, dawny magazyn na łodzie, o czym świadczyły zardzewiałe szyny ciągnące się od drzwi wejsciowych do morskiej toni, a reszta z nich to budynki hotelowe. Gdy przeprawiałem się przez most, wody przypływu chłupotały pod jego powierzchnią, chłodny wiatr świstał mi w uszach, a ja patrzyłem z niedowierzaniem na wysepkę i zadawałem sobie trochę zbyt trzeźwe w tej czarującej scenerii pytanie „To wprawdzie piękne miejsce, ale czy w tym odludziu może prosperować restauracja?”
Wtedy nie wiedziałem jeszcze że, może i to na wysokich obrotach a nadto, że tę drogę przyjdzie mi pokonać jeszcze dwa lata z rzędu. W samym moście dowiedziałem się później, że w czasie zimowych sztormów jest nie do pokonania, a próba przejścia na drugą stronę prawie kosztowała mojego chlebodawcę życie.


 
Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

erlendi

Autorem tej relacji jest: Slawomir Budziak (alias erlendi)

Zobacz fotki z wyprawy

Ostatnie zdjęcia

Ostatnie albumy

Co się działo

59 miesięcy temu
multiarte Dodał nowe ogłoszenie
61 miesięcy temu
Agelia dodał wpis do blogu Dolina Chochołowska...
 
Facebook API keys need to be provided to have Facebook connect work